0

Łobuz, sto lat!

Grudzień 2008 r. – Księciunio miesiąc temu skończył 3 lata, a ja pewnego ranka na teście widzę upragnione dwie kreski. Jest wcześnie, bardzo wcześnie, nie mówię jeszcze nikomu, ale baaaaaardzo się cieszę.

Koniec stycznia 2009, 10 tydzień – Księciunio ma zapalenie oskrzeli, jest marudny i męczący. A ja wpadam w panikę – jak sobie poradzimy z dwójką berbeci, skoro z jednym Księciuniem nie dajemy sobie czasem rady??? Skąd wezmę miłość, żeby nią równo dzielić dwójkę dzieci – przecież do tej pory zawsze miałam tylko jedną osobę do kochania – jedną mamę, jedną babunię, jednego chłopaka, narzeczonego, męża. Jednego syna. Jedno dziecko. Skąd mam wiedzieć, jak kochać dwoje? A przecież nie ma już odwrotu… O Boże, co ja zrobiłam….

Taki nastrój utrzymuje mi się mniej więcej przez całą ciążę. Choć Łobuz wyczekany, zaplanowany i ma być dziewczynką, tak jak sobie wymarzyłam, nie potrafię się tak cieszyć, jak cieszyłam się będą w ciąży z Księciuniem.

Na 17 sierpnia mam umówioną cesarkę. Jestem opuchnięta, ociężała i generalnie czuję się nie najlepiej. Boję się pobytu w szpitalu – z Księciuniem było ciężko i ponad tydzień w szpitalu – nie chcę! Chcę być szybko w domu.

17 sierpnia o 18.25 lekarz wyciąga Łobuza z mojego brzucha. O Boże, nie słyszę jej płaczu – czemu ona nie płacze. Płacze, płacze – słyszę anestezjologa, który mnie znieczula. Widzę, jak Misiolek patrzy na to małe brudne ciałko – oczy ma całe maślane – zakochał się od pierwszego wejrzenia, myślę.

Od rana następnego dnia jesteśmy już razem z Łobuzem. Ona cały czas śpi, a ja nie mogę się ruszyć, tak boli mnie blizna. Misiolek przyjeżdża, bo nie daję rady. Nie mogę zasnąć, jest mi źle. Łobuz przespała cały dzień i pod wieczór zaczyna się płacz. W końcu, około drugiej nad ranem dochodzę do wniosku, że jej ciepło, za ciepło. Otwieram szerzej okno. Zasypiamy obie spokojnie.

Rano, po karmieniu nagle czuję przypływ miłości. Mówię do śpiącej Łobuz – Widzisz, mama tak się martwiła, skąd weźmie miłość, żeby kochać i ciebie i Księciunia. A ta miłość w mamie rosła, razem z tobą. Po prostu tu była. Śpiąca Łobuz uśmiecha się nieświadomie, a ja wiem, że to znak, że będzie dobrze.

To dziś mijają właśnie cztery lata od tych dni. Nasza córeczka nie jest już taka malutka – jest bardzo rezolutną młodą osóbką, bardzo kochającą, czułą, a jednak potrafiącą mieć swoje zdanie.

Córeczko moja, niech poznawanie świata będzie dla ciebie cudowną przygodą i Twoją pasją. Niech zawsze otaczają Cię kochające osoby, a Ty znajduj szczęście w małych przyjemnościach. Niech spełniają się wszystkie Twoje marzenia! Sto lat :)!!!

4 urodziny Hani

8

Nie spoczniemy nim dojdziemy…

Od początku tygodnia życzenia płyną z całego świata – z Australii i Kalifornii. Z Norwegii i Chorwacji. Z Bielska i z Wilkowic. Z Warszawy, Zielonej Góry, Katowic, Bukaresztu, Brukseli…

Mąż życzenia złożył mi już minutę po północy. Dzieci – pamiętały same z siebie – bez przypominania. Tuż po moim przebudzeniu zadzwoniła siostra, a chwilkę potem – Teściowa.

Serdeczności płynął zewsząd. I z pracy i od kolegów. Od bliższych i dalszych znajomych. Tyle miłych słów, oznak koleżeństwa i przyjaźni.

I tylko jeden telefon milczy… I już nigdy nie zadzwoni… Nigdy już na swojej komórce w urodziny nie zobaczę „Mamusia Tak Tak” ani „Mamcia Dom”. To boli…

Gdybym mogła zażyczyć sobie jednej rzeczy na urodziny – to byłoby to właśnie to – ostatnia rozmowa z Mamą, na którą zabrakło nam czasu………

Z domowego archiwum – z Mamcią…