0

Łobuz, sto lat!

Grudzień 2008 r. – Księciunio miesiąc temu skończył 3 lata, a ja pewnego ranka na teście widzę upragnione dwie kreski. Jest wcześnie, bardzo wcześnie, nie mówię jeszcze nikomu, ale baaaaaardzo się cieszę.

Koniec stycznia 2009, 10 tydzień – Księciunio ma zapalenie oskrzeli, jest marudny i męczący. A ja wpadam w panikę – jak sobie poradzimy z dwójką berbeci, skoro z jednym Księciuniem nie dajemy sobie czasem rady??? Skąd wezmę miłość, żeby nią równo dzielić dwójkę dzieci – przecież do tej pory zawsze miałam tylko jedną osobę do kochania – jedną mamę, jedną babunię, jednego chłopaka, narzeczonego, męża. Jednego syna. Jedno dziecko. Skąd mam wiedzieć, jak kochać dwoje? A przecież nie ma już odwrotu… O Boże, co ja zrobiłam….

Taki nastrój utrzymuje mi się mniej więcej przez całą ciążę. Choć Łobuz wyczekany, zaplanowany i ma być dziewczynką, tak jak sobie wymarzyłam, nie potrafię się tak cieszyć, jak cieszyłam się będą w ciąży z Księciuniem.

Na 17 sierpnia mam umówioną cesarkę. Jestem opuchnięta, ociężała i generalnie czuję się nie najlepiej. Boję się pobytu w szpitalu – z Księciuniem było ciężko i ponad tydzień w szpitalu – nie chcę! Chcę być szybko w domu.

17 sierpnia o 18.25 lekarz wyciąga Łobuza z mojego brzucha. O Boże, nie słyszę jej płaczu – czemu ona nie płacze. Płacze, płacze – słyszę anestezjologa, który mnie znieczula. Widzę, jak Misiolek patrzy na to małe brudne ciałko – oczy ma całe maślane – zakochał się od pierwszego wejrzenia, myślę.

Od rana następnego dnia jesteśmy już razem z Łobuzem. Ona cały czas śpi, a ja nie mogę się ruszyć, tak boli mnie blizna. Misiolek przyjeżdża, bo nie daję rady. Nie mogę zasnąć, jest mi źle. Łobuz przespała cały dzień i pod wieczór zaczyna się płacz. W końcu, około drugiej nad ranem dochodzę do wniosku, że jej ciepło, za ciepło. Otwieram szerzej okno. Zasypiamy obie spokojnie.

Rano, po karmieniu nagle czuję przypływ miłości. Mówię do śpiącej Łobuz – Widzisz, mama tak się martwiła, skąd weźmie miłość, żeby kochać i ciebie i Księciunia. A ta miłość w mamie rosła, razem z tobą. Po prostu tu była. Śpiąca Łobuz uśmiecha się nieświadomie, a ja wiem, że to znak, że będzie dobrze.

To dziś mijają właśnie cztery lata od tych dni. Nasza córeczka nie jest już taka malutka – jest bardzo rezolutną młodą osóbką, bardzo kochającą, czułą, a jednak potrafiącą mieć swoje zdanie.

Córeczko moja, niech poznawanie świata będzie dla ciebie cudowną przygodą i Twoją pasją. Niech zawsze otaczają Cię kochające osoby, a Ty znajduj szczęście w małych przyjemnościach. Niech spełniają się wszystkie Twoje marzenia! Sto lat :)!!!

4 urodziny Hani

Reklamy
0

Dzień 4 – czwartek

Dziś w zasadzie nie wiem od czego zacząć. To był jakiś taki normalny, zwykły dzień pracy. W zasadzie to właściwie kończyłam już segregowanie rzeczy, choć jest jeszcze kilka miejsc, do których powinna zajrzeć. Ale to już chyba innym razem. Jestem normalnie zmęczona fizycznie… Psychicznie zresztą też…

Dziś oczywiście nie obyło się bez łez. A spowodowała je ta oto skrzynka:

DSC_0353

Ta skrzynka tak bardzo kojarzy mi się z Mamą jak plus z minusem, anoda z katodą, zapałka z ogniem. Pewnie jesteście ciekawi, co w tej skrzynce było. Otóż odkąd pamiętam, Mama w tej pięknej skrzynce zamykanej na kluczyk (taaa, to było coś, co mnie w niej najbardziej pociągało – ten kluczyk właśnie!) przez całe moje życie trzymała kosmetyki do makijaży. I to był taki jej codzienny rytuał, że siadała przy blacie w kuchni, brała z łazienki tą skrzynkę i lusterko, wyciągała kosmetyki, którymi akurat danego dnia się malowała, a na wieczku skrzynki ustawiała sobie lusterko i tak przy herbacie (i papierosie zazwyczaj) malowała się. Zwykle to malowanie trwało około pół godziny i to był prawdziwy rytuał mojej Mamy. A ja jako mała dziewczynka, bardzo lubiłam siadać na końcu blatu i patrzeć, jak się maluje. Wiedziałam też, że zawsze po skończeniu malowania będę się mogła pobawić skrzynką – pozamykać, pootwierać, wyciągnąć kluczyk i włożyć go na miejsce. A Mama umalowana, mogła w końcu zacząć dzień…

Między kartkami książek odnalazłam zasuszone liście. Wyobraźcie sobie, że pamiętam jeszcze, jak zbierałyśmy je z Mamą jesienią – musiałam wtedy mieć 10, może 11 lat. Więc te liście są już na prawdę baaaaaaardzo stare 😉

DSC_0366

Wertując rzeczy znalazłam też zasuszone kwiaty – płatki róż i chryzantemy. Myślę, że razem z tymi zasuszonymi liśćmi stworzą piękne obrazy wyklejone przez dzieciaki, jak myślicie?

DSC_0367

Pośród pamiątek odnalazłam też taką zakładkę do książki zrobioną przez moją Mamę dla mnie – w pierwszej klasie chyba. Zdjęcia zostały wywołane w wielkości odpowiadającej klatki w filmie i oprawione w „czysty” film pozbawiony substancji światłoczułych. Teraz wykonanie takiej zakładki powinno być nawet łatwiejsze, bo nie trzeba się męczyć z wywoływaniem zdjęć, wystarczy je odpowiednio wydrukować. Chyba przygotuję taką zakładkę do książki dla Księciunia, Nati i Łobuza na początek nowego roku szkolnego :).

DSC_0369 DSC_0368

No nie mogłam sobie odmówić odłożenia kilku rzeczy, które mogą się nam przydać podczas realizacji Projektu Londyn 2014.

DSC_0355

A są to:

  • papier czerpany,
  • papier kredowy, zdecydowanie pożółkły, co będzie można wykorzystać na listy do projektowych dzieciaków przy okazji realizacji questu,
  • kamyki szlachetne i półszlachetne, które dołączę do kolekcji kamieni oczywiście (znaczy tych, które dzieci w końcu odnajdą w skarbie),
  • dwie małe szkatułki – na różne rzeczy, które dzieciaki będą musiały odnaleźć, żeby dotrzeć do skarbu,
  • woreczek i saszetkę na dokumenty,
  • 4 tubki – które odpowiednio przyozdobię i będą mogły służyć do przekazywania dzieciakom instrukcji podczas questu.

DSC_0363 DSC_0362  DSC_0359 DSC_0361DSC_0358 Sporo rzeczy (chyba z 5 lub 6 kartonów rzeczy) udało mi się dziś wywieźć do teściów (BTW – Dziadek szykuje dzieciakom taką niespodziankę, jak wrócą z Augustowa, że chyba im szczęki opadną, jak zobaczą, ale o tym innym razem :)). Jutro zanoszę część ubrań i książek do świetlicy środowiskowej, o której Wam wspominałam we wtorek. Dziś była też moja siostra cioteczna, która również odciążyła mnie z wielu rzeczy – to znaczy bardzo chętnie je przygarnęła.

Oczywiście, jeszcze trochę mi zostało do zrobienia (np. nie zajrzałam jeszcze w ogóle do piwnicy – ale czuje, że do tego będę potrzebowała wsparcia fizycznego) i generalnie rzeczy ma porozkładane na milion sto pięćdziesiąt tysięcy kupek na podłodze i dokładnie wiem, co z którym stosem chcę zrobić. Mam nadzieję, że jutro uda mi się tak to ogarnąć, żeby po mieszkaniu można było chodzić przynajmniej.

I kupiłam już bilet powrotny do domu – na jutro na popołudnie. Więc muszę się uwinąć, żeby mieszkanie jako-tako wyglądało.

Tak więc jutro z pociągu już napiszę do Was ostatni wpis z tej serii.

O tym, jak to się zaczęło przeczytasz TU

O poprzednich dniach przeczytasz: Dzień O, Dzień 1, Dzień 2, Dzień 3

8

Dzień 3 – środa

Dziś dzień kryzysu. Właściwie nic go nie zapowiadało. A jeszcze, jak sukienkę komunijną znalazłam, to już w ogóle zapowiadało się dobrze. Tak mnie cieszy to znalezisko, że postanowiłam Wam się w niej pokazać też :). A sukienka była szyta specjalnie dla mnie, u krawcowej Mamy i Babuni. Pamiętam też zakupy materiału – że to niby na suknie ślubną (no bo przecież nie wolno było chodzić do kościoła). Sukienka zrobiona jest z samych zakładek – więc poszło na nią naprawdę sporo materiału ;). Jak na tamte czasy – wypas 🙂

image

DSC_0337 DSC_0349

Sukienka dziś i na mnie – 11 maja 1986 r.

Pierwszy kryzys dopadł mnie przy szafie z rzeczami Mamy. Cholera, co brałam coś do ręki ręki, to zaraz przypominałam sobie Mamę w tej rzeczy. I tak, nawet się nie spostrzegłam, jak zaczęłam ryczeć jak bóbr.

Potem natknęłam się na jeszcze jedną rzecz – swoisty pamiętnik Mamy z jednego okresu jej życia i to już całkiem mnie rozbiło. Kryzys tak mnie wymęczył, że postanowiłam zrobić sobie małą drzemkę. Tyle, że z drzemki półgodzinnej, zrobiła się trzygodzinna i wciąż jeszcze do siebie dochodzę. Na pocieszenie – standard – coś słodkiego ;). Myślę jednak, że ten kryzys i te łzy to taki proces trochę samooczyszczania z różnych przykrych emocji. Teraz powinno mi być już tylko lepiej.

Ale zanim te wszystkie kryzysowe sprawy mnie dziś dotknęły – oczyściłam dwie szafy. W jednej znalazłam takie pudełko – zastanawiam się, czy ktoś z Was w ogóle może je kojarzyć. Ja pamiętam, że chyba w czasie stanu wojennego w takich pudełkach dostawaliśmy przepyszny ser o kolorze pomarańczowym – chyba z darów z kościoła. Ja nie lubiłam wtedy sera żółtego, ale ten mogłam wcinać całymi garściami.

image

A w pudełku – odkąd sięgam pamięcią – znajdowała się „kolekcja” guzików. Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką to pudełko z guzikami traktowałam niemalże, jak skarb. Tyle tu było małych, błyszczących koralików. Lubiłam je dobierać „w rodziny” – duże i małe guziki tego samego koloru, albo robić całe państwo, z królem i królową (to były zawsze dwa najpiękniejsze według mnie guziki), dworem (wszystkie błyszczące guziki) oraz zwykłymi poddanymi – wszystkie inne guziki, które nie błyszczały choćby troszeczkę. A dziś zaglądam do pudełka i znalazłam tam moich starych znajomych – maleńkie skarby, które w tym pudełku tkwiły odkąd pamiętam. Teraz już wiecie, skąd to moje umiłowanie do zbierania zgubionych guzików 😉

wpid-DSC_0341.jpg

image

image

imageW tych guzikach jest jakaś siła przyciągająca mnie do nich…

Kolejne moje znalezisko mieściło się w niepozornym pudełku po chińskim (kiedyś szczyt marzeń!!!) parasolu. W tym pudełku były druty i szydełka. Moja Mama ani nie robiła na drutach, ani nie szydełkowała, więc to są rzeczy jeszcze mojej Babuni. Gdy tylko otworzyłam pudełko, wstąpiła we mnie przemożna chęć zrobienia choćby kawałka łańcuszka na szydełku. Udało mi się też przerobić cztery rzędy na drutach. Z pewnością nie jest to żaden majstersztyk, ale biorąc pod uwagę, że jestem leworęczna i nikt nigdy nie potrafił mnie nauczyć robić na drutach na lewą rękę – uważam to za zdarzenie wiekopomne!!!

image

image

Wczoraj nie dałam rady napisać Wam o jeszcze jednej rzeczy, którą znalazłam. To Poradnik Młodej Gospodyni z tekstami Łucji Suchockiej i Bolesława Pilarka w serii Biblioteczka „Naszej Wsi”. Niestety w metryczce nie ma wpisanego roku wydania, domyślam się tylko, że musiało to być około 1990. W sumie miałam ochotę ją oddać, ale jak tylko ją otworzyłam, bo bardzo rozbawiła mnie jej lektura. W sumie – otworzyła mi się w jednym miejscu – zatytułowanym: Jak zachowywać się w ciąży i autorzy dają przyszłym mamom między innymi takie rady:

  • ograniczać zmiany klimatu i podróże,
  • ograniczać stosunki płciowe, a na 6 tygodni przed porodem zaprzestać ich.

Dodatkowo autorzy piszą jeszcze „Dziś (kobieta w ciąży) powinna brać w pełni udział w życiu społeczeństwa. Oczywiście ma ona zmniejszoną aktywność, często jest znerwicowana, łatwo popada w konflikty z otoczeniem.”, „Rodzina i otoczenie powinno pomóc uniknąć napięć psychicznych”. No niezłe seksizmy!!! A w tej książce jest ich więcej. O porodzie pisze tylko tyle, że zdecydowana większość kobiet rodzi w szpitalach i kiedy do szpitala należy się udać i co ze sobą wziąć. Koniec i kropka. A przepraszam, jest jeszcze przestroga:

Poród jest wielkim, pięknym przeżyciem dla kobiety i nie należy się go bać. Nie warto wysłuchiwać opowieści bardziej doświadczonych sąsiadek, bo któż nie koloryzuje. W Polsce umożliwia się już tzw. porody bezbolesne, ale nieliczne kobiety mogą z nich jeszcze korzystać. Te, które ich doświadczyły, potwierdzają, że najważniejszy jest stan psychiczny rodzącej – lęk, obawa, strach nie ułatwiają, a potęgują odczucie bólu i zatruwają chyba najpiękniejszą chwile w życiu kobiety”.

No cóż, bez komentarza… A dla Waszej uciechy 😉

O tym, jak to się zaczęło przeczytasz TU

O poprzednich dniach przeczytasz: Dzień O, Dzień 1, Dzień 2

Opublikowano przez WordPress dla Androida

0

Dzień 2 – wtorek

Niech mi ktoś tylko powie, że tam po drugiej stronie nic nie ma. Nie uwierzę mu.

Wyszłam dziś sobie po drobne zakupy, ale postanowiłam zrobić mały spacer i odwiedzić dawno nie widzianą przeze mnie część mojego osiedla z dzieciństwa. A ponieważ pogoda była ładna to szłam sobie i w myślach modliłam się za duszę mamy. I jak tylko skończyłam, coś kazało mi się obrócić przez lewe ramię.

-Aha, to tu jest budynek administracji – pomyślałam.

Ale nie – jakąś inną tablicę widzę – Świetlica Środowiskowa – czytam. Nie, nie pójdę tam. IDŹ – mówi mi głos w środku. Ale nie, po co… IÐŹ – słyszę ponownie.

Poszłam. Weszłam. Zapytałam. Okazuje się, że Świetlica chętnie weźmie ode mnie stare książki i ubrania Mamy, które zdecyduję się oddać.

Wiem, że to Ona mi pomogła. Pomaga mi cały czas, jak u Niej jestem. Obcując z rzeczami – czuję jej miłą obecność. Nie jest już tak smutno w domu, jak w niedzielę, tuż po przyjeździe.

Dziś wrzucam kilka zdjęć – zupełnie bez komentarza – dajcie znać, jak coś rozpoznacie.

Znalazłam też jedną ciekawą książkę – ale na nią potrzebuję trochę więcej czasu, a dziś już oczy się kleją i zasypiam. Więc pozwalam zdjęciom mówić samym za siebie… Dobrej nocy 🙂

1

Dzień 1 – poniedziałek

To był dobry pomysł, żeby zacząć od dokumentów i papierów. Bo przecież przeglądanie rachunków i wyciągów z konta oraz dokumentacji medycznej nie jest takie straszne. Nie miałam tylko świadomości, że znajdę u Mamy rachunki jeszcze z ubiegłego wieku i początku tego.

Potem poszłam opanować mój dawny pokój, a to w zasadzie to już była sama przyjemność. Zobaczcie sami, co znalazłam.

Połówki banknotów, na których z wiernymi przyjaciółkami niemalże wyznawałyśmy sobie miłość. Macie też takie? Ja znalazłam 3 i tylko nie bardzo mogę odczytać od kogo to. Domyślam się tylko…

wpid-DSC_0288.jpg

Broszkę zrobioną z drutu miedzianego i kawałka rajstopy – noż to takie cudo, że aż szkoda mi tego wyrzucać. Może jeszcze zostanę szafiarką 😉

wpid-DSC_0290.jpg wpid-DSC_0291.jpg

Pamiętnik z różnymi wpisami – w tym i ten wpis – na poniższym zdjęciu. Lidzia – czy to od Ciebie?

wpid-DSC_0289.jpg

18 praw logiki – w tym I i II prawo de Morgana (WTF??!!!???) oraz zaprzeczenie implikacji (whatever…)

wpid-DSC_0297.jpg

Zestaw zadań o całkach i pochodnych – wciąż nie wiem, po co mi było potrzebne rozumienie tego w życiu codziennym lub pracy…

wpid-DSC_0295.jpg

Porównanie różnych teorii ekonomicznych – od Adama Smithsa do Maxa Webera. Zastanawia tylko brak Keynesa 😉

wpid-DSC_0296.jpg

No i prawdziwa perełka – humor z matur z 98 roku – będę dziś czytać przed zaśnięciem 😉

wpid-DSC_0299.jpg

Znalazłam też cały pakiet listów od Mamy z różnych okresów mojego życia – zostawiam go sobie na zawsze. Mówiłam Wam już, że jestem sentymentalistką?

wpid-DSC_0293.jpg

Przeglądałam je dziś trochę. Wiecie, że w jednym z listów znalazłam zapiski Mamy o wyborach 89′? Mama okazuje się była wtedy w komisji wyborczej (o czym nie pamiętałam) i pisała mi, jak wygrała Solidarność i wierzyła bardzo, że teraz nadejdą nowe czasy. A później, za jakieś dwa miesiące, pisała mi o tym, że nic nie ma w sklepach – że czekała 2 godziny na cukier i że go nie przywieźli. I jak się cieszy, że ja jestem na obozie harcerskim, bo pewnie mam tam jedzenie. I że dosyła mi pieniądze – bo od 1 sierpnia ceny idą w górę i to, co mi dała – może mi nie wystarczyć.

A wiecie, ja zupełnie tego nie pamiętałam… Będę dzięki Mamie miała ślad tamtego okresu… Cieszę się 🙂

Oprócz papierów ogarnęłam dziś też przy okazji sprawę maminej biżuterii. Zachowałam dwie kasetki – jedną z biżuterią, na którą jeszcze może kiedyś się skuszę oraz jedną – z koralami, które się rozpadły – myślę, że wykorzystam je kiedyś w zabawach z dziećmi.

Przy okazji – chciałam Wam pokazać cztery sznury korali (całkiem nowe lub noszony chyba raz). Może komuś się spodobają. Nie są może jakieś diznajnerskie, ale wydaje mi się, że ok. Tyle tylko, że ja generalnie korali nie noszę. Jeśli się Wam podobają, to moja propozycja jest taka: 1 szt – 15 zł, 2 szt – 25 zł, 3 szt. – 40 zł, a wszystkie 4 – 50 zł. Tyle tylko, że wolałabym ich nie wysyłać – więc do odbioru w Bielsku, Warszawie, ew. za 1,5 tygodnia – w Augustowie. Jeśli będzie więcej chętnych – będę brała pod uwagę kolejność zgłoszeń. Zainteresowanych proszę o kontakt na priv 🙂

wpid-DSC_0303.jpg

1 – czarno-złote

wpid-DSC_0302.jpg

2 – wszystkie odcienie brązu

wpid-DSC_0301.jpg

3 – beżowe ze sterczącymi perełkami

wpid-DSC_0300.jpg

4 – też w beżach od Dorothy Perkins

No i jeszcze jeden wniosek z dzisiejszego dnia – biblioteki chyba dobrze się mają. Poszłam dziś tylko grzecznie zapytać, czy przyjęli by książki i generalnie nie byli bardzo zainteresowani… Więc może zaniosę je do szpitala albo hospicjum…

A jutro – ciąg dalszy ogarniania mojego dawnego pokoju, w tym niezła kolekcja dziecięcych winyli, książek itp… Do jutra 🙂

A o tym, skąd wziął się ten wpis przeczytacie TU i TU

2

Dzień 0 – niedziela

Jak puste jest mieszkanie mamy bez niej. Jak ciche. Jak smutne.

Ostatnio nocowałam tu z zeszłym roku w kwietniu, kiedy Księciunio miał zabieg usunięcia drutów spajających złamaną rękę. Dwie noce i w podróż. Miesiąc później – stan Mamy się pogorszył i w sierpniu – odeszła na zawsze. Nie udało nam się pożegnać. Na pewno nie tak, jak obie tego chciałyśmy.

I dziś stoję tu, tak bardzo bezradna…

Mama chorowała na serce – więc od dawna pół-żartem, pół serio rozmawiałyśmy o jej możliwym odejściu, o pogrzebie. Kiedy TO się stało, dokładnie wiedziałam, co robić. Mimo całego smutku i żalu przepełniającego moje serce wtedy – wydaje mi się, że wolę Mamy wypełniłam co do joty.

Ale nigdy, never ever, nie rozmawiałyśmy o tym, co będzie potem… Czy Mama miała jakieś życzenia, co do swoich rzeczy – co mam komu przekazać, co wyrzucić, co rozdać… Nie mam problemu z moimi rzeczami, które jeszcze się tu plączą.

Ale co z resztą???

Zacznę chyba od ułożenia planu – to zwykle mi pomaga w trudnych sytuacjach. Rozbić to gigantyczne i przerażające mnie zadanie – na mniejsze, łatwiejsze kroki:

  • zacznę od przeglądu dokumentów – to nie powinno być trudne;
  • potem – ogarnę moje rzeczy;
  • wybór rzeczy z domu, które chciałabym zatrzymać, lub mam pomysł komu bliskiemu przekazać;
  • wyrzucenie tego, co na pewno trzeba wyrzucić, bo nie nadaje się już do niczego;
  • spakowanie pozostałych i przekazanie ich do Caritasu, może do biblioteki, szpitala…

To chyba dobry plan. W każdym razie – jedyny, jaki na razie mam…

2

Koniec rozdziału

Mam takie przeczucie, że w życiu nic nie dzieje się bez powodu. I nawet z początku zła sytuacja może nas doprowadzić do dobrego zakończenia, a coś, co z początku wygląda jak całkowity sukces- wcale nie musi się nim zakończyć. Ale według mnie- bardzo dużo zależy od nas samych i naszego podejścia do życia. Od tego, czy na beznadziejne sytuacje będziemy spoglądać w sposób, by znaleść ich pozytywne strony i naukę/doświadczenie na przyszłość.
Ja właśnie zmierzam wykonać jedno z trudniejszych zadań w moim życiu. Zadanie, które od pewnego czasu „wisi” nade mną i któremu zdecydowałam się stawić w końcu czoła.
Tym zadaniem jest „likwidacja” mojego rodzinnego domu – miejsca, do którego 3-dniową mnie przyniosła moja Mama. Miejsca, w którym się wychowałam, przeżywałam lepsze i gorsze chwile. Miejsca, w którym upłynęło ponad 30 lat życia w sumie trzech pokoleń.
SPRAWA POSTANOWIONA I PRZESĄDZONA.
Mieszkania nie zostawiam, choć jestem osobą bardzo sentymentalną.
Jadę uporać się z tym całkiem sama. Mam jednak przy sobie „Jedz, módl się i kochaj” Elizabeth Gilbert. Książkę, która na początku wydała mi się bardzo nudna, a którą mam wrażenie pomoże mi przejść przez to trudne zadanie.
Nie wiem, co się wydarzy, mam jednak nadzieję, że to, co teraz tak mnie przeraża – spowoduje, że za tydzień będę już osobą nieco inną. Może silniejszą, mam nadzieję.
Co wieczór zostawię mały wpis o tym, gdzie jestem swoim duchem i jaki rozdział zamykam.
Przepraszam Was z góry – bo może być ckliwie, żałośnie, płaczliwie. Nie chcecie, nie czytajcie. Zostaliście ostrzeżeni. Ja pisać przez te parę dni będę, bo to dla mnie rodzaj terapii. I nie zrezygnuję z niej.
Zatem, do roboty.

Opublikowano przez WordPress dla Androida