Na szlaku mazurskich twierdz – Giżycko

W sobotni poranek zdecydowaliśmy się wybrać na całodniową wycieczkę do Giżycka.

Głównym punktem wycieczki miała być Twierdza Boyen, ale jak to często bywa – życie zweryfikowało nasze zamierzenia.

Z Augustowa do Giżycka jedzie się około 1,5 godziny samochodem. Droga bardzo przyjemna, równa, bez dziur, malowniczo ciągnąca się przez wioski o ciekawie brzmiących nazwach: Długie, Wysokie, Hejbuty czy Malinki.

Zaraz po wyjeździe z Augustowa dzieciaki zauważyły coś, co bardzo przypominało Wrzeszczącą Chatę z Harrego Pottera, a w rzeczywistości pewnie tylko było zwykłą, walącą się stodołą. Choć, kto wie… 😉

Dalej droga prowadziła wśród wielu, wielu bocianich gniazd. Było ich tak wiele, że już nawet w pewnym momencie przestały być atrakcją, a ja się zaczęłam zastanawiać, dlaczego Polska w godle ma orła bielika, a nie bociana białego. Widzieliśmy bociany w gnieździe, na latarniach, klekocące, spacerujące, lecące… Jedyne czego nie widzieliśmy chyba to młodych podejmujących swoje pierwsze próby latania.

Samochód zostawiliśmy w centrum Giżycka, żeby trochę się przespacerować i to był strzał w „10”! Bo okazało się, że nasze projektowe dzieciaki za największą atrakcję Giżycka uznały obrotowy most na Kanale Łuczańskim (Giżyckim), łączącym jeziora Niegocin i Kisajno. Most został wybudowany w 1889 r. (potem kilkakrotnie był przebudowywany, by wreszcie w 1993 r. zostać przywróconym do stanu pierwotnego).

DSC_0009 DSC_0013 DSC_0020 DSC_0023 DSC_0011 DSC_0019

Specjalnie zaczekaliśmy na moment zamknięcia mostu dla ruchu kołowego i jego obrotu. Okazało się także, że most obracany jest ręcznie, przez jedną osobę. Na stronie o Mazurach przeczytałam, że:

„Aby otworzyć most operator najpierw zdejmuje blokady, unosi 100-tonowe przęsło do góry przy pomocy specjalnych przełożeń kołem-korbą w wartowni; następnie wkłada korbę w specjalne gniazdo i obraca całą konstrukcję idąc wokół otworu i pchając drążek (handszpak). Korba obraca kołem zębatym zamontowanym w przęśle, które przesuwa się po szynie zębatej w kształcie łuku. Cały most zawieszony jest na dwóch kołach, które spoczywają na szynie w kształcie okręgu oraz wspomnianej szynie zębatej.”

Dzieciaki patrzyły na obracanie mostu, jak zauroczone. Potem jeszcze zażyczyły sobie pooglądać przepływanie statków Żeglugi Mazurskiej i żaglówek ze złożonymi masztami.

Dalej udaliśmy się do Twierdzy Boyen. Twierdza ta budowana była w XIX w. i jest doskonałym przykładem pruskiej szkoły fortyfikacyjnej. Zbudowana na obszarze ok. 100 ha, stanowiła bardzo ważny obiekt strategiczny na obszarze Prus Wschodnich. W czasie obu wojen światowych ataki na Twierdzę zakończyły się niepowodzeniem atakujących. Po 1945 r. w Twierdzy stacjonowało Wojsko Polskie aż do 1957 r., kiedy to Twierdza została przekazana władzom cywilnym. Potem mieściły się w niej różne zakłady przemysłu spożywczego, stąd myślę jej niezbyt dobry obecny stan.

W Twierdzy Boyen

Bo muszę przyznać, że srodze się na niej zawiodłam. Twierdza popada w ruinę i do żadnych z zabudowań nie wolno wchodzić do środka. Ja osobiście mam porównanie do podobnej twierdzy w Helsinkach – Suomenliny, której budowa została rozpoczęta jeszcze wcześniej, bo w XVIII w., jest jednak dużo bardziej zadbana i zabezpieczona, a jej pięknie przystrzyżone trawniki (w porównaniu do chaszczy Twierdzy Boyen), stanowią miejsce rodzinnych pikników.

Suomenlinna w 2008 r.

Dzieciaki wyszły z Twierdzy Boyen rozczarowane. A jedyną rzeczą, którą zaliczam do pozytywów, to nabycie trzech amuletów, które znajdą się przyszłorocznej szkatułce skarbów Projektu Londyn 2014.

Z Twierdzy Boyen dzieci jednak wyszły z jedną rzeczą – a mianowicie z wielkim głodem ;). Zrobiliśmy mały rekonesans i w końcu wybraliśmy chyba najgorsze z możliwych miejsc. To znaczy – jedzenie, jak już je dostaliśmy, było bardzo dobre, ale musieliśmy na nie bardzo długo czekać.

Po obiadku, wybraliśmy się jeszcze na spacer do portu żaglówek i motorówek. Nasze nieżeglujące dzieci były oczarowane. Oglądały uważnie każdą maszynę, tak dokładnie, na ile to tylko było możliwe z kei. A na pokład jednej z żaglówek zostały nawet zaproszone. Niestety, mama-gapa (!) nie zapamiętała nazwy łódki, którą dzieci oglądały dzięki uprzejmości jej kapitana. A kapitan chciał nasze dzieciaki nawet zabrać w rejs, choć one na to już się nie zgodziły ;).

Podsumowując, wycieczka do Giżycka udana – choć głównym punktem wyprawy było zupełnie coś innego, niż zaplanowaliśmy. Jednak to nas nie zraziło, żeby wybrać się do innego zabytku militarnego, ale o tym… już następnym razem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s