Majówki ciąg dalszy

Zatem wylądowaliśmy na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, dzieciaki szalały, a my staraliśmy się te szaleństwa ukierunkować na właściwe tory.

W środę postanowiliśmy dać odpocząć nieco małym nóżkom i postanowiliśmy trochę Jurę poobjeżdżać. No i tym razem nie obyło się bez przygód. Bo najpierw postanowiliśmy pojechać do Wierbki. I nieopatrznie, Misiolek i Agi postanowili, że to ja będę nawigacją. Ha, ha, ha, jakby nie wiedzieli, że ja zawsze prowadzę na manowce ;). No i oczywiście i tym razem 30 minut szukaliśmy niewielkiej miejscowości pod Pilicą. Ale ile było radości, jak w końcu znaleźliśmy Wierbkę i ruiny pałacu Moesów.

DSC_0348DSC_0345

Ruiny w Wierbce

Po Wierbce – łatwiej już było nam trafić do ruin w Smoleniu – w końcu w drodze do Wierbki obok nich przejeżdżaliśmy. W Smoleniu zwiedzaliśmy zamek rycerski, wzniesiony w XIV wieku – też nie wiele z niego pozostało, ale widać tam już jakąś rękę, która zabezpiecza mury.

DSC_0366

Nati i Łobuz w Smoleniu

Dalej ruszyliśmy do Bydlina. I tu tym razem my staliśmy się atrakcją niemalże turystyczną. Otóż ruiny zamku w Bydlinie znajdują się nieopodal kaplicy cmentarnej i cmentarza. I bardzo się zdziwiliśmy, że 1 maja o godzinie 14.00 w Bydlinie odprawiany był pogrzeb. Musiała to być znana osobistość Bydlina, bo wszyscy żałobnicy nie zmieścili się w kaplicy i spora ich liczba znajdowała się przed nią. A my musieliśmy chcąc dostać się na wzgórze z ruinami przejść koło nich wszystkich. I oczy wszystkich tychże żałobników zwrócone były w naszą stronę. Czuliśmy się  wszyscy nieco jak jakieś rzadko spotykane okazy przyrodnicze ;).

DSC_0370 DSC_0371

Młodsza część Projektu Londyn w Bydlinie

Tego dnia najbardziej rozczarowały nas ruiny zamku w Rabsztynie. Kiedy w 2005 r. razem z Misiolkiem zwiedzałam ten zamek – był dostępny bez problemów. A tym razem pocałowaliśmy klamkę bramy. Żadnej informacji o godzinach otwarcia, zwiedzania czy czegokolwiek. Szkoda. Bo to niezły kawał historii do obejrzenia. Szczęśliwie, honor Rabsztyna uratowała karczma na podzamczu z wyśmienitym jadłem.

Czwartek przywitał nas deszczem. I postanowiliśmy zatem odwiedzić Kraków. W planie było muzeum przyrodnicze, próba sforsowania podziemi pod Rynkiem z nadzieją również na akcję Orzeł Może na Małym Rynku. I tak – Muzeum Przyrodnicze było strzałem w dziesiątkę. Dzieciaki oglądały owady (na szczęście martwe ;)), minerały i skamieniałości (w tym także wybierały takie, który im się najbardziej i najmniej podobały), różne pływająco-pełzające zwierzaki, na a największą atrakcją była głowa mamuta – jak to dzieciaki zgodnie określiły – Mańka. Okazało się też, że kość z nogi mamuta jest prawie tak długa, jak wysoki jest Księciunio i że Łobuz jest stanowczo od niej mniejszy ;).

DSC_0382

W muzeum przyrodniczym

Podziemi nie sforsowaliśmy, bo to taka atrakcja, że bilety były dostępne dopiero na niedzielę – a tyle czasu na czekanie nie mieliśmy. Ale nic to – będzie znów po co wrócić do Krakowa. Zawsze zostawiamy sobie w Krakowie coś na następny raz. Za to odwiedziliśmy Wieżę Ratuszową na Rynku (w górę, w górę i w górę ;)) oraz Kamienicę Hipolitów z wystawą dotyczącą wychowywania dzieci w dawnych czasach „Nie garb się”.

DSC_0411

Wieża Ratuszowa na Rynku w Krakowie

Na wystawie największe wrażenie na dzieciakach zrobiły zabawki – i to wcale nie takie bardzo archaiczne tylko klocki drewniane do budowania, jojo i stukające o siebie kulki. Takie zabawki to ja jeszcze pamiętam ze swojego dzieciństwa. W Kamienicy Hipolitów wrażenie na dzieciach zrobiła szklana muchołapka, nocnik wyglądający jak zwykłe krzesło z oparciem i stolik do szycia.

W piątek odwiedziliśmy zamek w Ogrodzieńcu. Widać tu dobrego gospodarza zamku i okolic, bo przez 8 lat rozwinęło się sporo infrastruktury wokół: jest Park Miniatur, Park Linowy i Gród na pobliskiej górze Birów. Niestety, niesprzyjająca pogoda sprawiła, że ledwo udało nam się zwiedzić zamek i wszyscy wyjechaliśmy stamtąd z wyjątkowym niedosytem. Jednak odwiedziny w Ogrodzieńcu zaowocowały pomysłem na skarb, którego będą szukać dzieciaki podczas wyjazdu do Londynu. Otóż zwieńczeniem całego londyńskiego questu będzie odnalezienie skrzyni pełnej kamieni i minerałów. Na razie zakupiliśmy po trzy sztuki cytrynów i różowego kwarcu. I obiecaliśmy sobie, że przy różnych okazjach będziemy dokupywać. No i jeszcze kwestia szkatułki na „skarby” :).

DSC_0420 DSC_0421 DSC_0425

W Ogrodzieńcu

Dopiero sobota okazała się bez deszczu. I postanowiliśmy dzieciom urządzić znów rajd pieszy – w dużej mierze po Ojcowskim Parku Narodowym. A że był to również Światowy Dzień Gwiezdnych Wojen – Księciunio miał za zadanie poszukiwanie czegoś, co kojarzyłoby mu się z Gwiezdnymi Wojnami. A oto nasze skojarzenia:

DSC_0432

To jest las z VI części Gwiezdnych Wojen – na księżycu Endor. A to zwalone drzewo mogłoby z pewnością być kryjówką Ewokich (pamiętacie – to te miśkowate stworki).

DSC_0467

A tu znaleźliśmy okolice moczar, na których w V i VI części mieszkał Yoda ;).

DSC_0468

I w końcu wodospad – to już widoczek z Naboo. Brakuje tylko Anakina i Padme ;).

Nie wiele tego znaleźliśmy, ale też były i inne rzeczy do oglądania :).

Od granicy Ojcowa – parkingu na Złotej Górze, poprzez ruiny Zamku w Ojcowie aż do Jaskini Ciemnej i w drodze powrotnej przeszliśmy wszyscy około 8 km. I znów muszę przyznać – dzieciaki dzielnie maszerowały. Sporym przeżyciem było zwiedzania Jaskini, do której wchodzi się z zapalonymi świeczkami. Jaskinia jest ogromna i zwiedza się ją dosyć łatwo. My mieliśmy dodatkową atrakcję w postaci wielu nietoperzy z rodziny podkowcowatych. Mieliśmy je wręcz na wyciągnięcie ręki.

DSC_0441 DSC_0445 DSC_0461 DSC_0478

Po całodniowym marszu, Łobuz zasnął w aucie w drodze powrotnej i obudził się dopiero rano, po 7.00 🙂

Ostatni dzień przywitał nas słońcem, więc w drodze do domu zdecydowaliśmy się jeszcze odwiedzić zamek w Olsztynie. Oczywiście jednak nie obyło się bez deszczu ;). Przyznam też, że po tylu dniach zwiedzania ruin, dzieci były bardziej zainteresowane skakańcami i pobliskim placem zabaw niż samym zamkiem. Szkoda tylko, że znów było mokro i nie mogliśmy zrobić pikniku, który mieliśmy w planie.

Podsumowując, największą i niezaprzeczalną atrakcją Majówki były ślimaki, których muszle były większe od monety pięciozłotowej. Księciunio nawet przywiózł sobie taką pustą muszlę ze sobą. A Łobuz roztkliwiał się i oglądał każdego napotkanego ślimaczka, bez względu na wielkość.

DSC_0294

Tak, czy owak cała Majówka była fajna. Mieliśmy tylko problem z opanowaniem Księciunia, który nakręcał całe towarzystwo, wspinałby się na złamanie karku i generalnie, zanim my zdążyliśmy gdzieś wejść, to już pieć razy wszystko obejrzał i chciał wychodzić. Przez co momentami atmosfera robiła się nieco nerwowa. Ale tak to już bywa… Miejmy nadzieję, że do następnego wyjazdu nieco spoważnieje, bo jeśli miałby się tak szalenie zachowywać w Londynie, to … chyba nie pojedziemy 😉

A tu jeszcze parę zdjęć z pierwszej części Majowki 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pierwsza część relacji z majówki o TU

Reklamy

2 thoughts on “Majówki ciąg dalszy

  1. brawo brawo brawo szkoda że pogoda pomimo zapowiedzi nie dopisała ale za to wyobraźnia i kojarzenia na 102

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s