6

Wielki rozrost

MOB (czyli My other blog) powstał z fizycznego rozrostu Projektu Londyn 2014. Po prostu pewnego dnia poczułam, że poza pisaniem o przygotowaniach do naszej londyńskiej wyprawy mam ochotę napisać też o czymś innym. I nagle tych innych tematów zrobiło się bardzo dużo. Zaczęły się rozpychać na Projekcie Londyn 2014, a wręcz go dominować.

MOB z języka angielskiego to tłum. Mam nadzieję, że przyciągnę tu ten tłum rodziców, którzy chcieliby w sposób świadomy, przez wspólne spędzanie czasu z dziećmi, ukształtować ich światopogląd, umiejętność wyszukiwania informacji i odsiewu medialnej papki oraz nauczyć ich samodzielnego myślenia.

BASTA!

W MOB będę poruszała w większości tematy związane z rodzicielstwem i wychowywaniem dzieci. Ale będzie też o naszych rodzinnych wyprawach, wędrówkach, odkrytych miejscach, książkach, filmach i innych kulturalnych wydarzeniach. O moich pomysłach na spędzenie czasu z dziećmi: kreatywnie i rodzinnie.

MOB będzie się obracał wokół następujących kategorii:

  • Bywamy – tu będę opisywać i wyprawy i wycieczki i ciekawe wydarzenia oraz nowo odkryte przez nas miejsca.
  • Czytamy i oglądamy – książki, filmy, czasem może nawet gry planszowe
  • ZPT – prace ręczne – czyli wszystko, co razem z dzieciakami zrobimy.
  • MOB zdanie – czasami człowiek musi, inaczej się udusi! Zatem tu czasem będę się wypowiadać na różne tematy – nie koniecznie bezpośrednio związane z moim rodzicielstwem, moimi dziećmi czy dziećmi w ogóle. Czasem powiem tu co mnie kłuje, co mnie boli.

MOB jest żywym stworem, więc wraz z upływem czasu mogą się pojawić nowe kategorie.

Na początek, MOB zasilam kilkoma wpisami z Projektu Londyn z kategorii „Z zupełnie innej beczki”.

I będę zamieszczać nowe.

I będę starała się robić to często.

I MOB będzie też miejscem, gdzie często będę starał się nawiązywać do innych blogów – parentingowych, podróżniczych, kreatywnych, blogów o blogach, kulinarnych, książkowych – jednym słowem – rodzinnych!

Już dziś zapraszam Was na MOBa! I będzie mi bardzo miło, jeśli pokażecie się i będziecie komentować wpisy 🙂

Reklamy
0

Magia na Dzień Matki

Generalnie nie przepadam za polską szkołą i rzadko kiedy można ode mnie usłyszeć na jej temat dobre słowo. I nie mam tu na myśli jakiejś konkretnej szkoły, tylko tak naprawdę system. Ale nie o tym miałam pisać. Tylko o tym, że choć nie pochwalam systemu edukacji w Polsce, to zdecydowanie chwalę szkołę Księciunia, która przez cały rok organizuje różnego rodzaju konkursy, tak, żeby każdy uczeń mógł odnaleźć w nim jakąś swoją pasję.

Są więc konkursy plastyczne, rękodzielnicze, latawców, gier planszowych i nie tylko, recytowania wierszy, śpiewania różnych pieśni, a ostatnio był nawet konkurs krasomówczy, w którym II miejsce zajął kolega z klasy Księciunia, po którym bym się w ogóle takich umiejętności nie spodziewała. I dużo z tych konkursów szkolnych jest tak pomyślanych, żeby zaangażować całą rodzinę. Dlatego zwykle zachęcam Księciunia do wzięcia udziału w tych zabawach, a on sam wie – że nie tyle ważna jest wygrana i rywalizacja, co sam udział i dobra zabawa. I tym sposobem w tym roku szkolnym robiliśmy już razem różaniec, szopkę bożonarodzeniową, kartki wielkanocne, a Księciunio brał także udział w dwóch czy trzech konkursach plastycznych, deklamowania wierszy oraz konkursie warcabowym (który wygrał nota bene).

Teraz w szkole kolejna ciekawa propozycja – konkurs fotograficzno-plastyczny zatytułowany Legendy warszawskie na ulicach miasta.

Ponieważ Księciunio lubi fotografować (to ma zdecydowanie po tacie :)), bez wahania postanowił wziąć udział w zabawie. Postanowił, że będzie poszukiwał znaków legendy o Złotej Kaczce. Zatem odświeżyliśmy sobie legendą i w słoneczną niedzielę wyruszyliśmy na warszawskie Powiśle, w okolice Pałacu Ostrogskich, gdzie według legendy mieszkała kaczka.

DSC_0027

Mimo że już parę dobrych lat mieszkamy w stolicy, muszę przyznać, że Powiśle to dla nas terra incognita – tym przyjemniejszy był spacer tam. Złotą Kaczkę znaleźliśmy bez większych problemów, idąc wzdłuż starych murów wydaje mi się jakiegoś klasztoru. Księciunio obfotografował kaczkę ze wszystkich stron, nie przejmując się nawet tym, że w tym miejscu właśnie chcieli sobie zrobić zdjęcia nowożeńcy ;).

Potem ruszyliśmy na most ponad Tamką (tu znów kilka dodatkowych ujęć kaczki) – i tu doznałam olśnienia – otóż zauważyłam ogromny mural poświęcony Fryderykowi Chopinowi!

DSCN2636

Idąc dalej w stronę Pałacu Ostrogskich, gdzie obecnie znajduje się Muzeum Fryderyka Chopina, dostrzegliśmy coś kolorowego na tarasie Pałacu. Gdy podeszliśmy bliżej – okazało się, że stoi tam naturalnych rozmiarów drewniany stelaż w kształcie fortepianu, a wkoło jest mnóstwo kolorowych tasiemek służących dekorowaniu fortepianu. Zabawę zorganizowała fundacja Form i Kształtów. A to wszystko przy dźwiękach muzyki Chopina. Łobuz i Księciunio od razu zabrali się do dzieła. A była to tylko jedna z niespodzianek, jakie tego dnia przygotowała dla nas Złota Kaczka.

Po dobrej półgodzinie zabawy, ruszyliśmy dalej, obejrzeć Pałac Ostrogskich od strony wejścia do muzeum. I tam znaleźliśmy jeszcze jedną kaczką, a także informacje, że ponieważ akurat odbywa się Majówka na Skarpie, to wejście do Muzeum Chopina jest bezpłatne, a dodatkowo dzieci mogą wziąć udział w warsztatach rysowania. Rano chciałam kupić bilety do Muzeum, ale nie dało się tego zrobić online, wobec czego pomyślałam, że akurat tego dnia nie ma już miejsc na zwiedzanie. Była to tym większa niespodzianka dla nas. Udaliśmy się zatem do Muzeum.

Muszę przyznać, że zawsze miałam bardziej muzyczne ucho niż plastyczne oko, więc informacja prowadzącego warsztaty, że ja także mam wziąć udział w portretowaniu była dla mnie co najmniej niekomfortowa. Otóż okazało się, że będziemy się nawzajem portretować – Księciunio – Misiolka, Łobuz – mnie i vice versa. Przy okazji zwiedziliśmy też razem z prowadzącym warsztaty wystawę czasową „Fizis wyjątkowa”, na której mieszczą się wszystkie portrety Fryderyka Chopina z całego muzeum. Dzieciaki szukały portretów z fortepianem, próbowały rozróżniać techniki malarskie czy odnaleźć karykaturę.

Po wystawie – zostaliśmy „przeszkoleni” z rysowania portretu i do dzieła. Przyznam, że na początku strasznie się męczyłam i było mi nieco wstyd, bo miałam wrażenie, że z mojego rysowania nic nie wyjdzie. Przyznam jednak, że na koniec byłam dosyć zadowolona ze swojego „dzieła” – chyba to była zasługa pana, który prowadził warsztaty, bo tak świetnie wytłumaczył zasady portretowania.

Poniżej możecie podziwiać nasze dzieła. Ja śmieję się, że na portrecie Łobuza wyglądam jak Pan Kleks w „Śnie o siedmiu szklankach” – pamiętacie? ;).

Warsztaty zajęły nam dość sporo czasu, więc nie wiele zostało go nam już na zwiedzanie. Odwiedziliśmy zieloną salę z grami o Chopinie oraz niewielką część wystawy na parterze, gdy musieliśmy już wracać.

Muszę przyznać, że dla nas wszystkich był to bardzo magiczny dzień, szkoda tylko, że z powodu koncertu mieliśmy tak mało czasu na spacer – bo na pewno spotkałyby nas jeszcze jakieś magiczne przygody. Wiem jedno – na pewno tam jeszcze wrócimy, bo to urocze miejsce do spacerów.

A i jeszcze okazało się, że Łobuz ma zadatki na modelkę, na powiedzcie sami? 🙂

DSC_0025 DSC_0026

A na koniec dnia czekały na mnie jeszcze od moich dzieci takie piękne tulipany! Co za dzień 🙂

2

Nie ma Pipi, jest Zorka

Uwielbiam Warszawę z to, że daje tyle możliwości uczestniczenia w kulturze wraz z dziećmi. A wierzę, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Dlatego, systematycznie, odkąd tylko Księciunio jest na tyle rozumny, że może wytrzymać w jednym miejscu około godziny, staram się zabierać jego i Łobuza na różne wydarzenia kulturalne. A zaletą Warszawy jest to, że praktycznie w każdy weekend, ba w każdy dzień weekendu, takich wydarzeń – i darmowych i odpłatnych w całym mieście jest tyle, że z pewnością nie da się tego wszystkiego ogarnąć i we wszystkim wziąć udziału.

W ostatni weekend było jedno z naszych ulubionych wydarzeń. Koncert, którego pomysłodawczynią jest Kasia Stoparczyk, znana z takich projektów, jak „Dzieci wiedzą lepiej” czy „Duże dzieci” oraz „Zagadkowej Niedzieli” w Trójce. Do tej pory koncerty były zatytułowane „Kasia i Pippi na tropie”, a my byliśmy chyba na czterech czy pięciu takich koncertach. Tym razem – było bardziej tajemniczo. Wiadomo było, że już nie będzie Pippi, tylko jakaś tajemnicza inna postać.

Cykl koncertów opiera się na tym, że Kasia wraz z Pippi podróżują po całym świecie, poznając tradycje różnych kultur przy akompaniamencie muzyki poważnej, etnicznej, a czasem też i filmowej. Do tej pory poszukiwały Calineczki, pantofelka Kopciuszka, Śnieżki, Ktosia, który miał się Wykluć w Wielkanoc. Podczas koncertu poszukiwania zwykle dotyczą jednego tematu i pokazują zwyczaje i tradycje różnych nacji skupione wokół właśnie tego jednego tematu.

 Sama idea takich koncertów jest cudowna, bo w łatwy sposób podaje dzieciom muzykę poważną, nie ograniczając się jednak do niej. Dzieci bawią się na tych koncertach doskonale, bo nie dość, że Pippi ma zwyczaj przekręcać słowa w zabawny sposób (np. koncertowe grzędy, chłopobaby), to cała historia uzupełniana jest także „głosem z offu” – nagraniami z programu „Dzieci wiedzą lepiej”. Dzieci mają możliwość siedzieć na schodach sceny – bardzo blisko artystów i często są przez Kasię i Pippi zachęcane do odpowiadania na pytania.

 Koncerty te polecam już bardzo małym dzieciom. Łobuz była ze mną pierwszy raz, jak miała nieco ponad 1,5 roku i wysiedziała całą godzinę koncertu, zauroczona tym, co dzieje się na scenie. Pewnie jest to nieco kwestia jej temperamentu, aczkolwiek nie tylko ja przyprowadzałam takie małe dziecię na koncert Kasi i Pippi.

Tu możecie zobaczyć przegląd poprzedniego koncertu o szkołach

 Oprócz Kasi i Pippi (w tej roli wspaniała Dominika Kluźniak) na scenie można zobaczyć dosyć stały zespół. Jest Pan Forteklapista (Aleksander Dębicz), Pani Śpierwarka (Ewelina Siedlecka), pięknym basem śpiewa Kamil Kaznowski, a także Muzycy z Miasteczka Pippi – czyli zespół Sambora Dudzińskiego, grający muzykę etniczną, regionalną, inną. A tak na marginesie Pani Śpiewarka, która jest osobą raczej drobnej postury (i przy okazji śliczną dziewczyną), ma bardzo głęboki, piękny sopran. Aż dziw, że z takiego drobnego ciała może wydobyć się taki potężny głos. Jak kojarzę sobie różne sopranistki, to raczej na myśl przychodzą mi panie słusznej postury, z ogromną, falującą piersią.

Przepraszam, za ten przydługi wstęp, ale musiałam Wam naświetlić sens tych koncertów, zanim przejdę do opowiadania o tym ostatnim.

DSC_0163DSC_0162

Dzieciaki czekają na koncert

Tym razem na koncercie nie pojawiła się Pippi, ale Zorka – dziewczynka, która spadła z gwiazd. Jej tatą jest wiatr, ale nie ma mamy. Nie wie czy ma serca. Cały koncert okraszony przepięknymi utworami w cudownych wykonaniach artystów. Mnie najbardziej ujął List do mamy w wykonaniu Pani Śpiewarki. Normalnie łzy w oczach.

DSC_0166

Oto i Zorka

 Zorka odwiedza m.in. Grenlandię, Chiny, amerykańskich Indian. Zorkę odwiedzają i diabły i anioł śpiewający (w tej roli Kasia Stankiewicz – kiedyś Varius Manx), a nawet beatboxer. Zorka słyszy, jak bije serce matki-ziemi i w końcu, po podróżowaniu po całej planecie, postanawia tu zostać, ku uciesze całej widowni.

Na tym kończy się koncert, ale wcale nie kończy się zabawa. Wszystkie dzieci po koncercie są zaproszone na scenę – z czego i my skwapliwie skorzystaliśmy. Artyści pozwalają na wspólne zdjęcia z dziećmi, rozdają autografy. To jest prawdziwe obcowanie z wysoką kulturą!

DSC_0188 DSC_0190

Dzieciaki z Kasią Stoparczyk i z Zorką

 A i na tym nie koniec! Kto nie był – oczywiście, niech żałuje. Ale na pewno za jakiś czas będzie można w sklepie Polskiego Radia kupić płytę z koncertu – do tej pory wydanych zostało już kilka części. Na prawdę warto posłuchać!!!

A i jeszcze jedno – Kasia Stoparczyk zapowiedziała, że kolejne koncerty w serii już 28 i 29 wrześniu – więc wpisujcie w kalendarz i rezerwujcie sobie czas :).

DSC_0180 DSC_0181

Zabawa na scenie: dzieci z artystami

5

Co z sanepidami w 2014?

Dziś po takim haśle ktoś wyszukał w sieci Projekt Londyn. Dobre, prawda? 🙂 I przyznam – że zainspirowało mnie.

Bo mnie interesują sanepidy. A konkretnie jeden. A tak na prawdę – jedna. Matka Sanepid. Przyznam, że odkąd zostałam częścią blogosfery, Matka Sanepid oraz jej córki: Córka Pierwsza i Córka Druga towarzyszą mi niemal co dzień. Bo nikt inny nie potrafi w sposób tak dowcipny, błyskotliwy, z dużym dystansem do siebie i własnych „ułomności” opisywać rozterek życia codziennego matki. No i jeszcze ten podtytuł:

Moich 100 błędów wychowawczych

Po narodzinach pierwszej córki wzięłam listę najczęstszych błędów wychowawczych i zaczęłam je popełniać wszystkie po kolei…

Może niektórzy będą mnie odsądzać od czci i wiary, ale trudno, powiem co powiem. I jest to moja opinia, moja własna! Matka Sanepid to taki „Kominek” parentingowej części blogosfery. Wyrocznia. Bóstwo wręcz! Bo nikt tak jak ona nie opisuje swoich codziennych rodzicielskich wątpliwości, porażek i sukcesów. No i ten cięty język! A robi to w taki sposób, że ma się wrażenie, jakby opisywała Twoje własne życie. Myślisz sobie: „qrcze, przecież ja też tak mam, mnie też takie rzeczy spotykają. Nie jestem z tym sama”.

No więc, kto jeszcze nie czytał – to pędzikiem na bloga Matki Sanepid!!!

Matko S, dziękuję Ci, że jesteś. I mam nadzieję, że w 2014 r. nadal będziesz. Bo jest nas tu sporo – Twoich wiernych czytelniczek.

8

Przygoda-niespodzianka

Kolejna sobota przyniosła nam niespodziewane przygody – znów zamiast Księciuniowych skoków do wody.

Jak zwykle w sobotę – zabrałam Księciunia na basen, na jego zajęcia skoków do wody. Gdy zbliżaliśmy się do budynku – podszedł do nas kolega Księciunia, mówiąc, że dziś zajęć nie ma. Znów!!! I żadnej informacji wcześniej.

Na szczęście – nie poddałam się zbyt szybko, tylko pomyślałam, że te darowane 45 minut spróbujemy wykorzystać na odwiedzenie „Shell Ferrari F1 Show”. I to był strzał w 10!

Samego przejazdu Ferrari nie zobaczyliśmy, bo niestety nie mieliśmy tak dużo czasu, ale zobaczenie iskier radości w oczach mojego pierworodnego na widok różnorodnych samochodów (wyścigowych i nie tylko) – było bezcenne :). I tak niewiele było mi potrzeba, żeby go uszczęśliwić. A zresztą zobaczcie sami, co tam widzieliśmy:

DSC_0105 DSC_0106 DSC_0107

DSC_0108

Symulatory samochodów wyścigowych oraz prawdziwy fotel kierowcy wyścigowego

DSC_0111 DSC_0112 DSC_0113 DSC_0114 DSC_0115 DSC_0116 DSC_0118

Ferrari zrobione z klocków Lego. Księciunio był przeszczęśliwy, że mógł do niego wsiąść 🙂

DSC_0119 DSC_0120 DSC_0121

Sean Mcmission z filmu Auta 2

DSC_0123 DSC_0124

Samochód z „Powrotu do przyszłości”

DSC_0125 DSC_0126 DSC_0127 DSC_0128

Całe mnóstwo filmowych samochodów z zamontowanymi karabinami – ooo, one zrobiły na Księciuniu największe wrażenie

DSC_0129 DSC_0130

Samochód z filmu „Pogromcy duchów”

DSC_0131

Jaba, daba, duuuu! Jest i samochód Jaskiniowców!

DSC_0132 DSC_0133

Nie mogło zabraknąć też Batmobila!

 DSC_0135 DSC_0136

A to mini-motocykl 😉 Księciunio miał wielką ochotę na nim pojeździć 😉

Tak, czy owak, nie możemy narzekać w tym tygodniu, że nie było skoków do wody! Jednak Księciunio ma przykazane zapytać trenera, czy za tydzień w sobotę zajęcia będą zgodnie z rozkładem 😉

1

Piekło? Niebo?

Do tej pory nie poruszałam „trudnych” tematów na blogu. Ale dziś przeczytałam coś, co sprawiło, że poczułam konieczność spisania swoich myśli na ten temat i podzielenia się nimi z Wami. Co Wy na to?

Przeczytałam w Dużym Formacie artykuł Piekło, niebo, piekło, niebo (http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127823,13914655,Pieklo__niebo__pieklo__niebo.html) Bereniki Steinberg. Jest to zapis rozmów z kilkorgiem warszawskich dzieci, będących w wieku pierwszokomunijnym i ich mam o ich poglądach dotyczących chodzenia na lekcje religii i motywacji przystąpienia do pierwszej komunii świętej.

Berenika Steinberg rozmawia z różnymi dziećmi: takimi, które mówią, że nie wierzą, albo które zaczęły chodzić na religię, żeby samemu się przekonać, samemu odkryć czy wierzą czy nie, takimi, które mówią, że po drugiej klasie zrezygnują czy też takimi, które chodzą na religię i etykę, żeby „odnaleźć niewidzialną nić, która łączy religię z etyką”. I dzięki etyce – zrozumieć religię.

Bardzo ucieszyłam się, jak zobaczyłam ten temat w dużym formacie, bo mój Księciunio w przyszłym roku będzie w wieku komunijnym. Ale mimo, że jestem osobą wierzącą, mam ogromne wątpliwości, że akurat w jego przypadku komunia powinna nastąpić w przyszłym roku. Trochę nie rozumiem tego kościelnego systemu, który część sakramentów pozwala przyjąć wtedy, kiedy samemu uzna się, że się jest do nich gotowym, a część – narzuca łącznie z grupą.

diabel-niebo-pieklo-aniol

Przeraziło mnie też to, co przeczytałam w artykule – o tym, jak dzieci są straszone piętnem grzechu, piekłem, „czerwonymi tyłkami” na lekcjach religii. Albo to, w jaki sposób jest im podawany przekaz o ukrzyżowaniu Pana Jezusa – przecież to jeszcze małe dzieci! Niektóre z nich są normalnie przerażone…

Pamiętam, że pierwsza komunia była dla mnie ogromnym przeżyciem. Wciąż pamiętam strach przed pierwszą spowiedzią – tego, że ktoś będzie oceniał moje złe uczynki, które najchętniej schowałabym do pudełka, a pudełko zakopała głęboko w ziemi, żeby nikt się nie dowiedział. I pamiętam też moją radość z przyjęcia Pana Jezusa do serca. Ale miałam wspaniałego księdza i głęboko wierzącą babunię, która na moją edukację religijną poświęcała sporo czasu.

Ja również edukuję moje dzieci – szczególnie przy okazji różnych świąt kościelnych – opowiadam im skąd się wzięły i dlaczego. Jednak nie czuję się na siłach tłumaczyć w zrozumiały dziecku sposób zawiłości religijno-kanonicznych. O to powinien zadbać ksiądz/katecheta/siostra ucząca religii. Ale nie w taki sposób, żeby 8 letnie dzieci szły do komunii, dlatego, że się boją („Że jak ktoś nie pójdzie do komunii, to pójdzie do piekła”), ale dlatego, że mają świadomość, jak doniosła to będzie dla nich chwila. Skoro potrafimy tłumaczyć skomplikowane zjawiska fizyczne, tak by zrozumiało je małe dziecko, dlaczego nie potrafimy tłumaczyć religii (nie wiary, bo to co innego!) w ten sam sposób? Skąd bierze się odejście tak wielu młodych ludzi od Kościoła? Czy po części nie jest to spowodowane takim właśnie „strasząco-karzącym” podejściem nauczycieli religii? Nie mówię, że wyłącznie, ale pewnie częściowo to też jest przyczyną.

pieklo-drogowskaz-niebo

Mam wrażenie, że nauczyciele religii w zdecydowanie większym stopniu niż straszenie dzieci piekłem, piętnem grzechu i tym podobnymi rzeczami, powinni wskazywać dzieciom właściwą drogę. Dyskutować z nimi o możliwych grzechach, ale odnosząc je do dziecięcego świata. I zdecydowanie podkreślać, że po pierwsze ważne jest całe życie, a nie godzina w kościele i że Bóg jest miłościwy i wybacza nawet największym zbrodniarzom, jeśli oni żałują za grzechy i nawrócą się.

Na dzień dzisiejszy nie podjęłam jeszcze decyzji czy Księciunio będzie w przyszłym roku przystępował do komunii. Uczestniczenie w mszy jest dla niego męczące, choć czasem zadziwia mnie (pozytywnie) swoim pojmowaniem Boga, czy chęcią bycia ministrantem. Ale z drugiej strony boję się tej rywalizacji na prezenty w klasie (już teraz jest problem z PSP i Księciunio bardzo przeżywa fakt, że nie zgadzamy się, żeby zabierał go do szkoły, choć znaczna część jego kolegów przynosi). I może lepiej jak poczekamy rok czy dwa i Księciunio przystąpi do komunii osobno?

A jakie są Wasze przemyślenia na ten temat? Czy znacie jakieś dobre przykłady edukacji religijnej?